SUKCES WIELKIEJ MĘCZENNICY

Kolejna, IV Męczennica Rowerowa rozpoczęła się niedzielę 12 sierpnia punktualnie o godz. 8:00 – najpierw skromnie – w gronie pięciu dzielnych cyklistów. W Dopiewcu, zaraz po wyjeździe z lasu, dołączyła do nas kolorowa, rowerowa rodzina: Kasia, Marcin i Eryk, a w Dopiewie peleton wchłonął jeszcze Dorotę. Taka grupa to już coś!
Dodajmy: bardzo cieszy udział w Męczennicach młodej generacji cyklistów, albowiem: „Czym potówka za młodu nasiąknie – tym zapleśnieje!”
W powyższym składzie szybko i bez problemów pokonaliśmy pierwsze (i ostatnie) wzniesienie na trasie naszej męczennicy – brukowaną górkę przed Skrzynkami. Rekompensatą za niezłe wytrzęsienie się ciał naszych, był idealnie gładki asfalt na dalszej trasie, a zwłaszcza między Jeziorkami i Piekarami. Tutaj też dostrzegliśmy śródpolny obelisk z napisem BÓG-HONOR-OJCZYZNA i trzema datami – 1918, 1928, 2006. Ponieważ nikt z uczestników nie znał historii postawienia obelisku w tym miejscu, ani też znaczenia inskrypcji, Przewodnik Męczennicy ogłosił ad hoc konkurs z nagrodą (czekolada gorzka!) dla osoby, która po powrocie pierwsza rozwiąże zagadkę powstania tego intrygującego obiektu.
[Konkurs i czekoladę wygrał kolega Maciej. Brawo! Oto rozwiązanie zagadki: Na północny wschód od wsi Piekary, przy drodze do Jeziorek, 24 XI 2006 r. odsłonięto głaz dużych rozmiarów (pochodzący ze żwirowni w Rybojedzku), znajdujący się na brukowanym cokole. Na jego przedniej stronie umieszczono kamienną tablicę z napisem Bóg Honor Ojczyzna oraz datami 1918, 1928 i 2006. W tym miejscu 11 XI 1928 r. postawiono Pomnik Niepodległości, który zniszczyli hitlerowcy.]
Pierwszy dłuższy postój, zgodnie z planem, urządziliśmy przy okazałym dworku we wsi Dakowy Mokre, gdzie w grudniu 1913 r. rozegrała się rodzinna tragedia, z morderstwem dwojga kochanków w tle. Dzisiaj znajduje się tutaj mały hotel, gustowna restauracja oraz – w dawnych zabudowaniach folwarcznych – pchli targ. Wśród staroci uczestnicy męczennicy spędzili najwięcej czasu, szukając po wystawie czegoś „co się jeszcze może przydać”.
Kawałek dalej – w Woźnikach – kolejna wielka atrakcja: urokliwy franciszkański klasztor. Bogatą i dramatyczną historię tego zabytku opowiedział nam, oprowadzając po wszelkich klasztornych zakamarkach (łącznie z podziemną kryptą!) młody zakonnik, pochodzący – uwaga! uwaga! cóż za zbieg okoliczności! – z Wolsztyna, celu naszej niedzielnej wędrówki.
Po niewielkich perypetiach z odnalezieniem lokalu, w którym w Grodzisku Wlkp. mogliby nam zaparzyć niedzielną kawę (na słynnym grodziskim deptaku kawy można się napić dopiero po godz. 14:00!), usiedliśmy w zacienionym restauracyjnym ogródku na należny nam, po 40 km (z „hakiem”), popas.
Dalej, aż do Wolsztyna było już tylko „z górki”. Gdyby nie wiejący w twarze ciepły, lecz uporczywy wiatr, nie odczulibyśmy wcale trudów tego odcinka IV Męczennicy. Ale też nie docenilibyśmy należycie smaku znakomitego placka z owocami, upieczonego przez Dorotę i zaserwowanego na postoju przed Rakoniewicami. Mówię wam: PYSZOTA!
Jeszcze tylko kilka fotek przed znaną „strażacką” fontanną na rakoniewickim rynku, jeszcze mała przerwa „techniczna” w lesie, i już spacerowym tempem jeździmy po alejkach wolsztyńskiego parku. Z koncertowej muszli dobiegają nas takty muzyki – to jedna z prób do wieczornego koncertu piosenek country. Spokój i sielankę niedzielnego popołudnia zakłóca jedynie informacja Macieja, że z tylnego koła jego bicykla uchodzi powietrze. Mimo koleżeńskich przestróg, Maciej postanawia ledwie dopompować koło i – sporo ryzykując – poczekać na dalszy rozwój wypadków.
Gdzieś w okolicy wolsztyńskiego molo, zorientowaliśmy się, że jest już po godz. 15:00, a nadto, że spaliliśmy sporo kalorii (70 km w nogach!), i czeka na nas zarezerwowany stolik w restauracji „Shogun”. Jak ten czas leci – pora na obiad! Zamiast do parowozowni pojechaliśmy więc na filet z kurczaka z ziemniakami i coś tam jeszcze, jak kto chciał. W trakcie biesiady pod parasolami, Darek i Maciej ostatecznie postanowili wrócić do Skórzewa „na kołach”. Tuż po obiedzie pożegnaliśmy zatem dzielnych chłopaków, życząc im wiatru w plecy, a sami ruszyliśmy na zwiedzanie słynnej wolsztyńskiej parowozowni. Już z daleka widać było pióropusz dymu z buchającej gorącem lokomotywy. Szczerze mówiąc, na zwiedzanie parowozowni nie zostało zbyt wiele czasu, ponieważ wszyscy pozostali uczestnicy IV Męczennicy postanowili wracać pociągiem do Szreniawy i stamtąd do domów. Przewodnik męczennicy dotarł na dworzec ostatni, w międzyczasie szukając po Wolsztynie wcześniej pozostawionej u znajomych komórki.
Męczennica, którą śmiało możemy nazywać Wielką, okazała się nad wyraz udanym przedsięwzięciem – i to pod wieloma względami. Zrealizowano niezwykle ciekawy program krajoznawczy oraz wszystkie intencje zbiorowe i osobiste. Pobito rekordy życiowe pokonanego dystansu (Kasia), przekroczono granicę 100 km (Irek; ha! specjalnie dokręcił kilka kilometrów do setki, wracając do domu okrężną drogą, przez Zakrzewo), wreszcie najdzielniejsi, orły nasze przednie – Darek i Maciej, pokonali dystans 155,94 km, lądując w Skórzewie o godz. 20:45.
I jeszcze jedno. Przewodnik IV Męczennicy zapodał hasło startowe do męczennic:
Zapowiedź: – ĄSZŁA KORNISZĄ?
Odpowiedź: – KORNISZĄ ĄSZŁA!
Cokolwiek miałyby te słowa znaczyć – brzmią bardzo dobrze i już się przyjęły w męczennicowym peletonie.
IR
PS. Pomysły na następującą męczennicę, w dniu 9. września są następujące:
– w intencji turystycznej i obiadowej – do Biedruska,
– w intencji turystycznej i biesiadnej – do „Karczmy pod Kogutem” w Czempiniu.
Potencjalnych uczestników kolejnej, V Męczennicy proszę o opinię w sprawie powyższych propozycji.